Postacie i wydarzenia przedstawione na tym blogu są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do postaci albo wydarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.
sobota, 14 listopada 2009

Nie pada w Krakowie. W Krakowie jest ładna pogoda. Świeci jesienne słońce, niebo bezchmurne. Z pokoju widok na Stary Kraków. Kazimierz zaprasza w swe zniszczone mury.

Wczoraj bezmyślne łażenie po wąskich uliczkach w poszukiwaniu knajpy. To mit, że same knajpy, że knajpa na knajpie. Pierogi u Vincenta bez ogrzewania. Wino grzane w Boogie. Wino grzane w Starce, kiełbaska z dzika i golonka. Nocny powrót do hotelu.

A dzisiaj Orchidea, Stajnia, gry, zabawy. Na razie jednak opierdalanie się przy dźwiękach.

piątek, 30 października 2009

Bo nie mogę spać. Za dużo dzisiaj dostałam informacji. Informacji, z którymi muszę coś zrobić. Nie mogę ich zostawić w cholerę i pójść dalej. Muszę się zatrzymać i posprzątać. Spojrzeć głęboko we własne oczy. Face the truth. Zmierzyć się sama ze sobą i ze swoją przyszłością/przeszłością. Szkoda, że nie mogę jak bohaterowie FlashForward zobaczyć przyszłości, chociażby 137 sekundowej. Niestety, takie rzeczy to tylko w bajkach. Rzeczywistość to nie je bajka, rzeczywistość boli jak wbijane igły mrozu. Przewierca niską temperaturą i nie pozwala oddychać.

A ja chcę oddychać. Bo przecież życie...

piątek, 09 października 2009

Jestem ostatnio w podróży. Wczoraj i przedwczoraj zwiedzałam zawodowo Niemcy. Frankfurt - Darmstadt - Weiterstadt.

Lotnisko we Frankfurcie nie jest takie wielkie, jak by się mogło wydawać. Nie zgubiłam się w pokrętnych korytarzach i znalazłam stację S-bahn. Dojechałam na dworzec główny, skąd pojechałam kolejnym pociągiem do Darmstadt i z Darmstadt do Weiterstadt.

Gdy wysiadłam na stacji, tylko przez chwilę zastanawiałam się czy jestem we właściwym miejscu. Dworzec przedstawiał sobą dramatyczny widok. Brudna buda to chyba najlepsze określenie. Taksówką pojechałam do jaskini rozpusty, gdzie ekipa już od 2 godzin czekała na dostawę. Ja miałam czekać ich jeszcze 7. O 18 przyjechała ciężarówka i wtedy mogliśmy zacząć pracować. Pracowaliśmy do 23....

A następnego dnia od 9 czarowałam komputery i łącza, żeby Internet zadziałał. I zadziałał. Powinnam była wyjechać ze sklepu o 14:20. Wyjechałam 15 minut później. Niby nic, ale samolot przecież nie czeka. W taksówce pan zapytał, gdzie jadę. Łamanym niemieckim powiedziałam: "Nach banhof". I zostałam zawieziona do Darmstadt. Okazało sie, że odległość od dworca w Darmstadt (tutaj prawdziwy budyń dworcowy) a budy w Weiterstadt, jest taka sama. Ucięłam jeszcze miłą pogawendkę z taksówkarzem. A wyglądało to tak:
- You speak? - zapytał
- English, French and Polish - opowiedziałam
- A to my możemy po polsku...
W tym momencie moja szczęka, gdyby mogła, potoczyłaby się w kierunku wschodnim. W taksówce musiałam ją zbierać z podłogi.

Okazało się, że taksówkarz jest Irańczykiem w latach 70. mieszkał w Warszawie z rodzicami i chodził do polskiej szkoły. Bywał w Zodiaku (czy ktoś jeszcze pamięta, gdzie to? podpowiem, że teraz jest tam Pizza Hut), Remoncie i Hybrydach. Drugi koniec świata, a taksówkarz Irańczyk mówiący po polsku...

W autobusie na lotnisko zauważyłam, że w sklepie zostawiłam książkę. Akurat zaczęła się robić interesująca. Damn!

Już na lotnisku służba graniczna sprawdzała mój gadżet pod względem materiałów wybuchowych. Pomazali go papierkiem lakmusowym i kazali pójść. Pewnie teraz jestem pod obserwacją.

Kupiłam toblerone dla eMa. Niech ma coś z tej samotności.

W przyszłym tygodniu Hamburg.

środa, 30 września 2009

Wczoraj znowu nie udało mi się ufarbować włosów. Zrobiłam za to muffinki z budyniem i czekoladą. Dorobiłam sos obiadowy. Zrobiłam dwa prania. A wszystko dlatego, że musiałam wziąć pół dnia urlopu z powodu przyjścia specjalisty do popsutego bojlera. Specjalista przyszedł, obejrzał, lutował, starał się. Niestety, trzeba zamówić jakąś tam płytkę, oznacza to brak wody przez kolejnych kilka dni.

Powiem wam, że praca na pół etatu nie jest zła. Można tyle fajnych rzeczy zrobić. Obejrzeć początek 6. sezonu Grey's Anatomy. Można zainstalować popsutą kasę na odległość. Można omówić sprawy nowego projektu. Można zająć się sobą i domem.

A w ogóle, to piękny kolor mają liście tej jesieni.

poniedziałek, 28 września 2009

Kolejny tydzień czas zacząć.

Ten tydzień rozpoczął się od awarii. Brak ciepłej wody. Włosy myłam w zimnej, siebie myłam w wannie z gorącą wodą z czajnika. Nie najgorzej. Czeka mnie jeszcze dzisiaj znalezienie dokumentów do bojlera i obdzwonienie serwisu. Całe szczęście, że to nie do końca mój problem.

Poza tym... czeka mnie wizyta w Arkadii. Popsuty sejf. Czeka mnie też wizyta na Wileńskiej. Dokumenty pilnie potrzebują znaleźć się u pracowników.

A jeszcze pod koniec tygodnia wycieczka do Częstochowy i Katowic. Tydzień więc będzie dość atrakcyjny pod względem krajoznawczym. Najbardziej nie mogę się doczekać jednak jazdy pociągiem...

Podsumowanie soboty i niedzieli: 2 razy zaręczyny, 2 razy obiad z trzech dań, 5 filmów (w tym 3 z serii: Star Wars), wszystkie książki Wańkowicza, 3kg jabłek, tyleż gruszek, swojska wędlina, 2 orgazmy. Not bad, I'll say.

No i piękna jesień nam się stała. Od jutra deszcz. Pragnę go bardzo. Już widzę te popołudnia w domu, gdy krople miarowo uderzają o szyby, a ja w kocu z ciepłą herbatą malinową oglądam jeden z 200 filmów z listy "do obejrzenia".

 

wtorek, 22 września 2009

Skończyłam wczoraj czytać "He is just not that into you". Poradnik dla kobiet, które nie potrafią radzić sobie z facetami, poradnik dla tych, które nie tyle przyciągają popaprańców emocjonalnych, co starają się utrzymać ich na siłę wynajdując kolejne usprawiedliwienia dla ich zachowania. Instrukcja obsługi facetów - tchórzy, którzy nie potrafią powiedzieć: nie jestem tobą zainteresowany, którzy zamiast tego mówią: zadzwonię do ciebie, i oczywiście nigdy tego nie robią. A my w tym czasie zastanawiamy się czy aby nasz telefon jest sprawny...

Na podstawie książki został nakręcony film pod tym samym tytułem. Polski dystrybutor przetłumaczył go jednak idiotycznie - Kobiety pragną bardziej. Nic bardziej mylnego. Bo nie chodzi o "pragnienie bardziej", ale o to, że jeśli facet nie mówi, że cię nie chce, a mówi, że zadzwoni, to można oczekiwać, że zadzwoni... A jak nie dzwoni, to cóż... może jest zbyt zajęty albo zgubił numer telefonu. Z mojego doświadczenia wiem, że jeśli facet nie zadzwoni od razu następnego dnia, to jest nikła szansa, że zadzwoni w ogóle. Raz jeden przytrafiła mi się historia, że nie dałam numeru telefonu a maila. Koleś napisał po dwóch tygodniach. Spotykaliśmy się później przez kilka miesięcy. Ja go rzuciłam.

Książka i film opowiadają historie młodych kobiet, które mają nadzieję na miłość. Spotykają się ze skończonymi kretynami wyszukując kolejnych argumentów za tym, że oni je jednak kochają i zależy im na nich. Rzeczywistość jest brutalna, bo faceci nie mają jaj (albo nie chcą ranić dziewczyn) i nie mówią wprost, co czują, tylko próbują wykręcić się z pewnych sytuacji bezboleśnie. Bezboleśnie dla nich, bo dla nas chyba lepsza byłaby prawda.

Polecam wam tę niezobowiązującą lekturę. Film także, do połowy, bo cukierkowe zakończenie mdli.

poniedziałek, 21 września 2009

Wczoraj zamiast spaceru było tajskie pikantne jedzenie i Gwiezdne Wojny. Takie zamiast bardzo mi pasuje. Bo nie ma nic przyjemniejszego nad gotowaniem w pełnym słońcu ze szklanką wina i eMem rozłożonym na kanapie (udającym, że się uczy). Choć spacer też byłby niezwykły, bo przecież mamy niezwykłą porę roku.

Początek jesieni jest naj. Pod każdym względem. Ciepło, wietrznie. Katar. Liście jeszcze zielone, taką pełną zielenią, nie gówniarską z maja, ale taką wypełniającą. Niektóre przechodzą w żółcie. Wszystkie odcienie zlota mieniącego się w promieniach słońca. Niektóre już na chodnikach razem z kasztanami urządzają grę w berka. Zaczynają szeleścić pod stopami.

Przedwczoraj kilka godzin z Amo na Bemowie. Niespodziewane spotkania w Tesco na Górczewskiej w liczbie dwóch. Zakupy zupełnie niepotrzebnych rzeczy i tych potrzebnych (ubranka dla Filipa), i słodyczy w Lidlu (dobre niemieckie czekolady, na które eM powiedział: a co cię tak naszło na słodkie?). Niewątpliwą atrakcją była poplamiona oliwą, w do tej pory niewyjaśnionych okolicznościach, spódnica. Mycie samochodu w myjni ręcznej. A wieczorem uczta składająca się z: mielonej wieprzowiny z bazylią, orzeszków pistacjowych i trzech butelek wina. Najważniejszym jej elementem bylo: Love Actually. Po raz kolejny ogromna dawka śmiechu i wzruszeń.

Dzisiaj zato...

niedziela, 13 września 2009

Oglądamy z eMem teledysk Kate Bush do piosenki "Wuthering Heights", w którym to klipie piosenka występuje w czerwonej sukience, śpiewając ćwiczy aerobic. Najpierw pojawia się komentarz, że jest to ulubiona piosenka pewnego Krisa. Pokazujemy jak Kris pokazywał mówiąc, że taka pani w czerwonym idzie po lesie i ma rozwiane włosy. Przy kolejnym wygibasie Kate, eM nie wytrzymuje i mówi:
- Jak ja nie lubię czerwonego w ubiorze... - patrzy na siebie i się zaczyna śmiać.
Ja jeszcze nie skojarzyłam, bo patrzyłam na fitness Bush na ekranie. Nie wytrzymałam tego śmiechu, patrzę na eMa, który się z dumą prezentuje.... swoją czerwoną koszulkę.

piątek, 04 września 2009

czyli Groteski na pograniczu pedagogiki, czyli kolejny dzień berlińskiej przygody.

Zaczęliśmy go pod kalendarzem na Alexanderplatzu. eM czytał przewodnik a ja pstykrałam zdjęcia:

Alexanderplatz

TV tower

Doszła do nas AMo i już razem poszliśmy w stronę historycznego Mitte. Unter den Linden, stare budynki, Berliner Dom, muzeum historyczne i na końcu Plac Paryski z Bramą Branderburską.

Berliner Dom

Niebo przy Muzeum historycznym

Głowa w chmurach przy muzeum

Gustaw czy jakiś inny

Spacer był super przyjemny. I ani razu się nie pokłóciliśmy. Przy Bramie usiedliśmy w kawiarni i zjedliśmy śniadanio-obiad. Wtedy też zaczęły się nasze rozmowy. I wtedy też zaczęły się pozowane zdjęcia, przy których eM stwierdził, że ma nasa dość.

przy śniadaniu

Brama

Tytułowy Krokodyl wziął się ze straganu z książkami. AMo chciała kupić jakąś książkę dla Jensucha w podzięce i wzięła do ręki taką z ładną okładką. eM otworzył i zaczął się śmiać, bo tytuł był: "Nie baw się z krokodylem. Groteski na pograniczu pedagogiki". AMo też się zaczęła śmiać, bo przypomniała sobie książkę kupioną na pchlim targu w Paryżu o dziewczynce bez polika....

Rozmowy, które przeprowadzaliśmy były na wyjątkowo wysokim poziomie. Zaczęła któraś z nas od nagrzanej pochwy. Następnie przeszliśmy gładko do umawiania się na picie:
- To co, wracamy do hotelu? - zaczął nieśmiało eM - pośpimy sobie.
- Nie, pół litra - AMo podjęła decyzję o planach
- Gorzka żołądkowa i 2l soku grejfrutowego - dokończył eM zapominając o śnie.

Po chwili siedzenia, przesiadywania, kanapkach, osach (których była plaga), eM patrzy na swoje zdjęcie w aparacie Amo:
- Ja się muszę oduczyć dłubania w nosie...

Takie stwierdzenie przy kawie to już było za wiele, dlatego zostawiliśmy wygodną miejscówkę i poszliśmy w stronę Bramy i siedziby DZ Banku. Długośmy się nie nachodzili, bo trawa przed Reichstagiem za bardzo nach korciła. Rozłożyliśmy się na mojej chuście i spędziliśmy kilka przyjemnych minut oglądając ludzi stojących w kolejce do wejścia do budynku. Co za idiotyzm czekać 2h w pełnym słońcu, żeby zobaczyć kopułę?

Reichstag

Z zewnątrz też wygląda atrakcyjnie.

Wstalismy z trawy, aby przejść na drugą stronę ulicy i usiąść na piwie w Berliner Pavillon. Dziwny różowy człowiek prowadzony przez 5 osób. Uliczna instalacja. Pokaz. Oczywiście grupa za swoje przedstawienie chce kasę. Jest to kolejny sposób na wyłuczenie pieniędzy od turystów (i mieszkańców). Tak w ogóle, to zauważyłam w Berlinie dużo ludzi wyłudzających pieniądze:
- w metrze na psa. Obszarpana laska z psem na smyczy chce na jedzenie dla pupila.
- przy muzeum historycznym żebraczka chciała od nas pieniądze tak po prostu
- grupa z różową kukłą wyłudzała na przedstawienie
- i później w restauracji pani chciała nam sprzedać swoje rysunki.
Jedno spostrzeżenie: wszyscy mówili po angielsku. Płynnie. AMo stwierdziła, że się pewnie nauczyli kilku kwestii, ale według mnie to nie było wyuczone na pamięć kilka zdań, tylko zwykła znajomość języka.

Po piwie w pawilonie poszliśmy na wystawę o Germanii. Planach wybudowania nowego Berlina. Plan się nie udał. Wystawa bardzo interesująca. Jeszcze tylko kamienie.

memory

Szybko doszliśmy do Postdamer Platz, który mnie zachwycił. Lubię ładną, wysoką architekturę w kupie. Lubię jak przestrzeń jest zaplanowana i przemyślana. To mi się podoba w Berlinie, że jest zaplanowany. Są miejsca, gdzie jest syf, są miejsca reprezentacyjne, są miejsca jak Kreuzberg i centrum dawnego Berlina Zachodniego. Wszystko ma swoje miejsce.

Postdamer Platz

Reszta dnia to było chodzenie. Nie mogliśmy dojść na Kreuzberg, który wg AMo wygląda jak Paryż. Zgubiliśmy się ze sto razy. Mi się chciało pić i jeść, eM też już usychał z pragnienia. Szliśmy jakąś taką straszną ulicą, na której absolutnie nic nie było, dwa pasy i S-bahn. W końcu zebraliśmy się w sobie i sprawdziliśmy w przewodniku jakieś żarcie. Okazało się, że trzeba iść ulicą równoległą - OranienStraße.

Trafiliśmy do tureckiej restauracji, gdzie podano nam cudowną jagnięcinę z kaszą i warzywami. Pyszny placek i sosy. Kolejne spostrzeżenie o Berlinie: dają duuuuuużo i tanio jeść. Ceny są porównywalne, jeśli nie niższe z warszawskimi. I kolejne spostrzeżenie: relacja cen i zarobków niemieckich jest dla nas bardzo przykra.

Kreuzberg to faktycznie Paryż. Bardzo mi się podobało. Najedzeni i napici mogliśmy dalej spacerować.

Kreuzberg

I Matka Boska od Alkoholu

MBoA

Doszliśmy na Warschauer Str., gdzie zastanawialiśmy się nad kolacją, ale Jensuch nie miał, gdzie zaparkować, więc wsiedliśmy do jego auta i pojechaliśmy nad Kanał. Stamtąd to już rzut beretem do Jensucha domu, gdzie zrobiliśmy jedzenie i picie. Po północy wyszliśmy i na piechotę do Alexanderplatzu, skąd kolejką wróciliśmy do hotelu.

Jeszcze tylko po drodze eM uchwycił:

Berlin nocą

A na koniec mapka naszej wycieczki pieszej. Na zielono droga S-bahnem, na czerwono spacer. Długość spaceru, to 13km.

wycieczka piesza pierwsza

środa, 02 września 2009

Udałam się w poszukiwania hotelu. Wysiadłam zgodnie z mapą na Warschauer Straße i poszłam w kierunku, w którym wskazywał mi GPRS (dzięki Ci, o Techniko). Skręciłam w Kopernik'a i dziarskim krokiem szłam dalej. Fajna ta okolica - myślałam sobie. Wszędzie w parterach knajpki, małe sklepiki, ludzie tacy uśmiechnięci. Po jakiś kilku minutach jednak droga wydała mi się długa i męcząca. Spojrzałam na mapę, okazało się, że dobrze idę. Szłam dalej. Słuchałam muzyki i kontemplowałam otoczenie, które stawało się coraz bardziej interesujące. Każdy lokal użytkowy w parterze zajęty był przez inną knajpę. KAŻDY! W końcu zwątpiłam w to, że dojdę do tego hotelu... wtedy okazało się, że stoję przed nim. Zameldowałam się bez większych problemów, dostałam też kartonik z drogą od stacji Ostkreuz, z której jest dosłownie 100m do hotelu. Ostkreuz to stacja wcześniejsza przed Warschauer Str.

Abyście zrozumieli, o co mi chodziło z różnicą odległości, poniżej wklejam drogę z Warschauer i z Ostkreuz.

Droga

Moje zmęczenie wzięło górę i poszłam spać (była 15). Przed 19 zjawiłam się na stacji metra przy Warschauer i razem z Wioli poszłyśmy nad rzekę wypić bro, pogadać i powspominać stare, dobre czasy.

Po drodze nad rzekę takie rzeczy widziałam:

Berlin Kreuzberg droga nad

Wioli najpierw zabrała mnie do Club der Visionaire nad kanał

Club der Visionaire

A później do Badeschiff, do miejsca, które mnie urzekło swoją prostotą i pomysłowością twórców. Bo, proszę państwa, czy to nie jest genialne?

Badeschiff

To Badeschiff przed zmrokiem. A to Badeschiff po zmroku.

Badeschiff nocą

Bo oczywiście po odebraniu AMo i eMa przyjechaliśmy z powrotem na "symboliczne zapoznanie się z górami". I to wtedy zjadłam tę pyszną kiełbaskę w bułce. Piwo "blanche" "blonde" (heffe) też było wyśmienite. Ale AMo kumpel był zmęczony, więc wsiedliśmy po 1 piwie w auto i pojechaliśmy do hotelu, gubiąc się po drodze ze trzy razy. Bo Jensuch ma problem z Berlinem. Mieszka w nim od kilku lat i jedyną okolicą, którą zna, jest okolica jego pracy i Prezlauer Berg... Śmiesznie było jak wracaliśmy z tego Badeschiff i Jens wpisał adres w innym mieście. Jakoś nam się udało dojechać. Śmiechu była niemiara.

W piątek zaś wstaliśmy rano i... cdn

wtorek, 01 września 2009

Przygodę w Berlinie zaczęłam już w pociągu relacji Warszawa - Poznań. Wszystko przez koncert Radiohead, który odbywał się w dniu mojego planowanego przyjzdu do stolicy Niemiec. Tak więc moja podróż do Berlina trawała 24h w tym postój w Poznaniu na muzyczną ucztę (niestety, wizualnej uczty nie było, jestem za niska).

Najpierw jednak zanim zaczął się koncert w Poznaniu okazało się, że wszystkie 50 skrytek bagażowych jest zajętych. W przypływie rozumu zapytałam taksówkarza czy nie wziąłby mojej walizki na przechowanie na czas balu. Zgodził się. Tylko przez chwilę zastanawiałam się czy to genialny czy wprost przeciwnie najgłupszy pomysł, na jaki wpadłam. Później okazało się, że genialny.

O koncercie wszyscy już napisali.

Po koncercie zaś na dworcu okazało się, że wszyscy kupują bilety. Kolejki potworzyły się gigantyczne. Tłum. Brak tlenu. Do tego wszystkiego, pani w kasie powiedziała mi, że nie może mi sprzedać biletu, ponieważ pociąg jest już w trasie. Po długich przejściach. Rozmowach z informacją, informacją telefoniczną, jednak udało mi się kupić bilet bez rezerwacji.

dworzec

Jakoś dojechałam do Berlina Lichtenberg. Wsiadłam w taksówkę i pojechałam do centrum handlowego. Marzhan to Jelonki. Naładowana energią podłączyłam komputery, linie telefoniczne, spędziłam godzinę na telefonie gadając z informatykiem instalując kasy, włożyłam wszystkie plakaty w ramki, podłączyłam terminale do kart... I poszłam na obiad. Po obiedzie energia uciekła w siną dal. Resztę dnia spędziłam na krześle. Po całym dniu pracy zostaliśmy zaproszeni na kolację. gdzie z dwa razy zasnęłam przy stole.

Marzhan

Następnego dnia jeszcze raz przyjechaliśmy do centrum handlowego. Już tak kontrolnie. Kontrola przeszła pomyślnie. Mój szef pojechał na lotnisko, a ja na poszukiwanie hotelu... cdn

piątek, 21 sierpnia 2009

Bo 1) wszystko, co mi się wydawało, jest całkiem inne niż się wydawało.
2) Bo niekiedy ludzie mogą napsuć krwi i to, co było fajne, okazuje się niewypałem.

A tak w ogóle: "...tą atmosferą, co przypadła tuż u jego rogatek do pyłu drogi, atmosferą, z której bije zapach mchów leśnych i jagód błyskających w zajęczej kapuście, grzybów śliziących pod zbutwiałymi pniami, ludzi mieszkających na podmokłych łęgach, rzek czarnych, toczących wartkie wody ku Polsce, do kraju, który obległ miasteczko tak, jak każde miasteczko niemieckie, chcące być bałym Berlinem - i stoi wkoło tego miasteczka w milczeniu, sen płosząc pisarzom..." (M. Wańkowicz, "Na tropach Smętka", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, str. 112)

I już mi lepiej.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

 

CHŁOPAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!!!!!!

CHŁOPAK!

chłopiec

Weekend zaczął się już w piątek. Albo nawet we czwartek. Bo we czwartek u Neshy zrobiłyśmy mały zlot. Przy winie i końcówce wódki przesiedziałyśmy kilka miłych chwil. Ach, jak było przyjemnie. Z obiektywnych powodów musialam się urwać z domu. eM odwiedzał kumpla. W drodze powrotnej otrzymałam instrukcje nabycia napitków i przybycia w gościnę. Tak uczyniłam. Co sprawiło, że piątek był niezwykle ciężkim dniem.

Piątek stał pod znakiem sushi w Skorupce i super fajnych rozmów z Cyferką Pierwszą. Zajebista babka. Kolejna, która mówi mi, żeby się nie bać. I pokazuje jak fajnie jest. Oby więcej takich. Wieczór po domowemu. I tu chciałam was strasznie oszukać, bo w piątek wieczorem był przecież Lamb, na którym darłam się w niebogłosy i śpiewałam razem z Lou. To był bardzo udany koncert. Dodał mi energii i przypomniał, dlaczego zachwycam się muzyką. I kobiecymi głosami. Ach i och!

Sobota to ból oka. Wizyta z Louise w Janinowie. Było przewspaniale. Odpoczęłam tak jak bym wyjechała na wakacje. A to przecież tylko 30km od miasta. Dawno, dawno tak dobrze nie czułam się na wsi. Muszę tam być częstszym gościem. Piękna okolica. Stare domy. Nowe domy. Kapliczki w środku lasu. Drzewa. Zapach wakacji. Czy wam też wakacje pachną sosnowym lasem?

Wieczór sobotni to pizza i wino. Ale najpierw wizyta w Wolskim, gdzie usłyszałam: "a jak panią ząb boli to też pani idzie do internisty?" - jeśli nie ma dentysty w okolicy? Na Górczewskiej usłyszałam, że ostry dyżur tylko na Stępińskiej. Olałam Stępińską. Jednak wieczorem ból się na tyle nasilił, że taksówka okazała się niezbędna. A w przychodni było bardzo ciekawie. Interesujące towarzystwo w krótkich gaciach i z opuchniętym okiem. Łowicz w telewizorze. I suszki w rogu.

Lekarka orzekła, że rogówka się nie nadaje. Pielęgniarka zakleiła mi pół twarzy. Dostałam żele i krople, i zostałam wypuszczona na wolność.

Nocy z soboty na niedzielę wolę nie wspominać.

A w niedzielę oko przestało boleć. Jeszcze je czułam, ale już nie doskwierało tak bardzo. I dlatego wieczorem wybraliśmy się na piwo. I to piwo to było takie bardziej ciekawe. Pokazałam się ze strony: nie mówię w żadnym języku oprócz polskiego, nie słucham żadnej muzyki i niczym się nie interesuję. Fajna ze mnie kobietka, co? Jak nie urok, to sraczka. I szpila w dupę wbita.

piątek, 14 sierpnia 2009

Dzisiaj jest takie bardziej na nie. Bo zacznijmy od tego, że miał to być spokojny dzień. Miał. Bo się zrobił dniem całkiem niespokojnym i do tego arcyciekawym. Pod każdym względem.

Ale zacznijmy od początku. Początki są trudne, zaczynam od środka. Pracowo jest sajgon. Termin goni termin, a wykładają się strasznie skomplikowane i nie do obejścia sytuacje z ludźmi, których trzeba uważać za bogów. Toteż przez nich muszę zmieniać koncepcję i myśleć. A myślenie boli. Boli to mało powiedziane.

Dowodem na to wszystko i na nic jest mój dzisiejszy wygląd. Fryzura à la szalony naukowiec. Spódnica nieodprasowana, koszulka i sweter, który kompletnie nie pasuje... Nie wiem, no, dzisiaj się ubierałam po hebrajsku. A, zapomniałam dodać, że nie mam makijażu. Do listy "must buy" muszę dodać tusz do rzęs, bo mam na wykończeniu.

Kotek na fejsbuku zajmuje zdecydowanie za dużo czasu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40

qqina@gazeta.pl






Join My Community at MyBloglog!

Wszystko

Odsłony dzisiejsze