Postacie i wydarzenia przedstawione na tym blogu są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do postaci albo wydarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.
czwartek, 17 listopada 2011

Udaję, że jestem zdziwiona. Tak właśnie. Z samego rana. Aż Krówka uległa temu przedsięwzięciu i też się zadziwiła. Taka z niej Krówka jest.

surprise

Fajna zabawa. Mówię wam to ja.

środa, 16 listopada 2011

Zainspirowana fejsdupą oraz challengem kolegi, postanowiłam sama wziąć udział w grze. 30 dni idiotycznych zdjęć. Im gorsze, tym lepsze. Pierwsze trzy to bułka z masłem. A więc:

1. Zdjęcie z cytatem:

cytat

2. Zdjęcie w kujonkach (zwanych też hipster glasses)

hipster glasses

3. I hit na dziś: zdjęcie z dzióbkiem - tak słodkie, że aż można pawia puścić

duck face

Na takich zabawach mi upływają dni ostatnio.

sobota, 12 listopada 2011

meCoco Mademoiselle pachnie oszałamiająco. Pachnie tak, ze mogłabym nic innego nie robić tylko wąchać moją sukienkę. Teraz już wiem, że to był świetny pomysł na wykorzystanie limitu. Dawno żadne perfumy nie zrobiły na mnie takiego wrażenia. Przyznam szczerze, że nawet Chance nie jest taka boska.

Po raz kolejny dochodzę też do wniosku, że powinnam pisać. A wszystko dlatego, że przeczytałam moje ostatnie notatki. Coś w nich takiego jest, że z przyjemnością spędzam przy nich czas. To tylko dowodzi tego, że jednak umiem pisać. Nie wiem, dlaczego ostatnio nie mogę się zebrać w sobie, żeby napisać choć kilka słów. Zły to jest znak.

Wczoraj się wyżyłam kulinarnie i zrobiłam owoce morza w lekko pikantnym pomidorowo-śmietanowym sosie. Nawet deser wyprodukowałam. Jabłka zapiekane pod kruszonką.  Kruszonka rządzi. 

Dzisiaj za to zamulam w domu. Chyba że wpadnę na pomysł zorganizowania sobie jakiejś rozrywki. Będzie to niezwykle trudne, gdyż ponieważ wszyscy gdzieś się ulotnili. Nie lubię być w zabawowym nastroju, kiedy nie mogę się bawić. Dlaczego akurat dzisiaj musiałam się obudzić pełna ochoty na coś? 

czwartek, 10 listopada 2011

Nie mogę zebrać myśli ostatnio. Nic mi nie przychodzi do głowy. Dzieje się sporo, ale nie umiem ubrać w słowa tego chaosu. Przelanie na papier graniczy z cudem. A stukanie w klawiaturę wydaje się być niezwykle trudne. Dlatego niniejszym kończę tę notkę. Jak będę w stanie, napiszę relację z ostatnich dni/miesięcy.

czwartek, 13 października 2011

czyli jak w pracy może być naprawdę zabawnie. 

Stoimy w kuchni i wszyscy robimy sobie herbatę karmelową (przez wszyscy mam na myśli koleżanki i kolegę z pokoju). Zalewamy kubeczki, czekamy aż się zaparzy, po czym ja podchodzę do mleka i wlewam sobie trochę do kubka, na co M.:
- Ty bawarkę pijesz? a później sranie masz...
na co K.:
- M., a ty nie wiesz, że od bawarki to piersi rosną...
i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Chyba nas niedługo przesadzą, bo się za dobrze bawimy u nas w pokoju. Smutna to perspektywa. Najpierw limit dostępu do Sieci, a teraz to... już nie raz nam zwracano uwagę, że za głośno się śmiejemy.

Z poruszanych dzisiaj tematów były jeszcze prosiaki prenatalne, skajpeje, tap madl, perfumy, teściowe...

wtorek, 04 października 2011

Już październik. Ale lato tej jesieni jest piękne. Dzisiaj 25 na termometrze. A przez całe lato lało. Dobrze, że chociaż teraz jest cudownie ciepło. Mogę w końcu wyjąć sukieneczki i pantofelki. Spryskać się letnimi zapachami i chłonąć powietrze. Choć rano zimno, ale przyjemnie. Za to wieczory są wspaniałe. 

Uwielbiam żyć.

wtorek, 27 września 2011

mła jesiennaMam plan na wtorek. Po pracy udaję się na Dół w odwiedziny do Louise. Będziemy siedziały na prawie-balkonie i gadały. Może napijemy się jakiej herbaty, może kawy z mlekiem. Może po prostu popatrzymy na siebie i będzie przyjemnie. Tak dawno, dawno się nie widziałyśmy. Kiedyś widywałyśmy się codziennie w pracy. Codziennie razem jadłyśmy obiad. Codziennie wychodziłyśmy na fajka. Ona paliła, ja oddychałam nie klimatyzowanym powietrzem. Robiłyśmy sobie zdjęcia na przerwach ciastkowych na pl. Politechniki. Moja Louise Maleńka. 

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że czytanie oświeca. Szczególnie czytanie własnego blogaska. Otwiera oczy na wiele spraw. Pozwala zobaczyć siebie z przeszłości w zupełnie innym świetle. I, co najważniejsze, siebie obecną też widzi się bardziej. 

Widziałam wczoraj durny film. Beznadziejna komedio-dramat romantyczny Something Borrowed. Naprawdę dawno nie widziałam czegoś takiego. Główna bohaterka Rachel jest idiotką, którą miałam ochotę przez cały film zdzielić, potrząsnąć. Jak można we wszystkim ustępować osobie, która uważa się za przyjaciela, wręcz siostrę? Historia banalna z happy endem. Nigdy więcej. 

Oglądam też mnóstwo nowych seriali. Pewnie już o tym pisałam dwieście razy. Jesień serialowa jest super interesująca.

poniedziałek, 26 września 2011

drzewoSmutno mi. Pomimo wrzosu, który się zakolegował z bazylią na balkonie. Pomimo tego, że drzewo za oknem się zażółciło pięknie, nabrało jesiennych barw. Tak mi bliskich i przyjemnych. 

Nawet mój eksszef stwierdził, że wyglądam na mało zadowoloną z życia. Naprawdę aż tak to po mnie widać? To takie niefajne. Nie podoba mi się to wcale a wcale.

Spędziłam boską niedzielę. Zaczęła się i skończyła na Kabatach. Od śniadania poprzez Jak poślubić milionera przez obiad do Ocean's Eleven. I jeszcze Tesco na dobry koniec dnia, gdzie za bezcen nabywszy mięso. 

W piątek /cofamy czas/ spotkanie w gronie kobiecym na kolacji i wyjście do klubu. Nie wiedziałam, że teraz do klubów wpuszczani są panowie z koszulach w kratę... zadziwiające też było to, że wszystkie, naprawdę wszystkie, dziewczyny były wyszykowane jak te lale, a stan ubraniowy panów wołał o pomstę do nieba. Zaczepiał nas pewien pan, który za dużo myślał, o ubiorze chyba też, bo miał koszulę w kratę i arafatkę. A może to taka nowa moda? 

W sobotę miała być powtórka z rozrywki, ale bąbolada zwyciężyła. I łóżko. I książka. I trzysta odcinków dennych seriali, które poprawiły mi nastrój na tyle, że wyszłam z piżamy i zrobiłam obiad. A nie... nie robiłam obiadu.... zadzwoniłam po pizzę. Pizza była przednia, ale zimna. A do piekarnika daleko. Dlaczego zawsze do kuchni jest tak daleko, kiedy jej potrzebuję najbardziej?

Już po 15. Czas do domu.

koloryI jeszcze tylko kolor z balkonu. Uwielbiam złotą polską jesień. Muszę iść do parku i zrobić zdjęcia drzewom i kasztanom na chodnikach. I liściom, przez które przebija się popołudniowe ciepłe słońce. Kiedy w powietrzu widać drobinki roślin, a świat jest jakby przymglony z bajki. Nierzeczywisty. 

Ile jeszcze dni jesieni zanim przyjdzie Pani Zima i przykryje miasto szalem ze śniegu i mroźnym oddechem zabieli trawniki i kwietniki? Zimy też nie mogę się doczekać, szczególnie jak mogę siedzieć w domu i oglądać ją przez okno pod kocem z ciepłym miodem w dłoni, przy przytłumionym świetle jednej lampki. Od czasu do czasu spojrzeć na książkę, ale nie wczytywać się za bardzo. Jestem jedną z tych osób, które doceniają każdą porę roku, bo przecież one wszystkie mają w sobie coś takiego do lubienia. 

 

wtorek, 20 września 2011

Tym razem tylko obrazowo, brak mi słów.

nie-muchomor

też nie-muchomor

liść w zielonym

ślimak w zielonym

maślaki

super słodkie winogrono

Grzyby

And last but not least

Astry

Mimo że w sobotę i niedzielę było bardzo ciepło i słonecznie. Czuć w powietrzu jesienną aurę. Siedziałam na leżaku w Kafce i patrzyłam jak liście spadają z drzew. Wokół mnie przyjaciele z dawnych lat. Tacy my już poważni i stateczni, a kurwiki w oczach. Pojechaliśmy na Francuską. Lubię Saską. 

wtorek, 13 września 2011

Coś mnie bierze. Człowiek musi się nad sobą czasami poużalać. Tak więc się użalam. U-ż-a-l-a-m. Coraz gorzej się czuję. Tak źle i niedobrze. Mam sucho w ustach, choć dużo piję. Głowa mnie boli i nos, i zatoki zaczynają. Dobrze, że we czwartek idę do laryngologa, to mnie zbada przy okazji. Czy to możliwe, że się rozchorowałam po antybiotykach? 

poniedziałek, 12 września 2011

tamkaTen piątek, sobota i niedziela mogę zaliczyć do najbardziej relaksujących od początku roku. 

A wszystko zaczęło się od tego, że z Tiną zarządziłyśmy reset. Meta przyjęła nas w swe objęta tuż przed 18. Po 19 byłyśmy już na tyle zrobione, że świat nabrał całkiem innych barw. Jeszcze eMowi przeszkadzało, że głośno mówimy, ale po pół godzinie i on wspiął się na wyżyny głosu. Spacer Nowym Światem, Tamką w dół i w górę. I powrót do domu o 22. To się nazywa "naprawdę imprezować".

Dlatego w sobotę pobudka po 6 wcale mnie nie zdziwiła. Wręcz przeciwnie, gdy słońce za oknem, nie ma co marnować czasu leżąc w łóżku. Wyjazd na Śródmieście. Żółte curry. Kilka odcinków ANTM. Książka. Film. Kot.

Z soboty na niedzielę spałam całe 12h. Dlatego rześko o 10 wybraliśmy się na spacer do Doliny Szwajcarskiej. Najbardziej lubię jak Warszawa jest pusta w niedzielę. Nie lubię za to tego, że większość kawiarni otwiera się o 11. Akurat wtedy, kiedy ja mam ochotę na kawę. I to z ciastkiem. Kawa była w domu, bez ciastka. Lenistwo, śniadanie. Zakupy w h&m (świetna koszula w błękicie). Jeszcze hindi na obiad i powrót na Ochotę. Nawet film jakiś był, ale zasnęłam tak szybko, że nie załapałam historii. Myślę, że to kolejny ulubiony obraz tuż po Francuskim Łączniku. 

Dzisiaj kolejne podejście do Trzech Dni Kondora. Może załapię akcję... kto wie? Ach, i jeszcze dzisiaj Majeranek, i poczta, i gulasz z indyka. A kolejne dni zapowiadają się jeszcze ciekawiej. Czy już kiedyś wspominałam, że uwielbiam jesień?

piątek, 09 września 2011

mdmJak co roku, ostatnio nawet dwa razy do roku, spotkałam się z koleżanką z Brazylii. Koleżanka jest jak najbardziej polska, ale od ponad 4 lat mieszka pod drugiej stronie świata. Z innego kontynentu przywozi zawsze ciekawe historie, ja w zamian prowadzę ją do ciekawych knajp w Warszawie. W zeszłym tygodniu byłyśmy w Beirucie, w tym w Saffronie. Pierwsza to humus bar, druga to północnoindyjska kuchnia. W humus barze jadłam przepyszną wątróbkę i oliwki. W hinduskiej restauracji rozpływającą się w ustach jagnięcinę z soczyście pikantnym sosem. W zamian dowiedziałam się o Casa LaPastolle - uroczym miejscu w Chile, gdzie dwoje Francuzów postanowiło robić wino. Usłyszałam też mrożące krew w żyłach historie o kurytybskich bandziorach. Wymieniłyśmy doświadczenia z tramwajów, autobusów i bloków. Porozmawiałyśmy o historii Warszawy, o przyszłości Polski i Europy. Rozstałyśmy się w świetnych humorach umawiając się na kolejną kolację w grudniu. 

W pracy idzie mi pod górkę. Niby wszystko robię tak jak należy, ale mi nie wychodzi. Teraz to już zaczęłam dmuchać na zimne i nawet poprosiłam o usunięcie rozetek z podłogi, żeby nie było problemu z instalowaniem regałów. Myślę, że idzie mi średnio, bo jestem zmęczona. Dzisiaj w nocy śniły mi się pracowe koszmary. O moim szefie przestawiającym przymierzalnie, o źle zamontowanych płytach mdf... obudziłam się zlana potem i bardziej zmęczona niż jak się kładłam spać. 

Dlatego dzisiaj zarządziłam reset. Reset do 50pln. I ani grosza więcej. 

Zdjęcie kompletnie nie w temacie. Chociaż...

czwartek, 01 września 2011

havaianasy na ścianieJesień idzie. Słońce ma kolor ciemno żółty. Cienie pojawiają się coraz częściej. Liście szeleszczą na wietrze i mienią się w późno popołudniowych promieniach odcieniem butelkowej zieleni. Moja ulubiona pora roku. 

Zaczęła się smutno. Odeszła Pau Pruska. Wzór walki z rakiem. Przykro i bez sensu.

Zaczęła się też pozytywnie. Spotkaniem z Beą z dalekiej Brasil. Spotkaniem w Beirucie. Uroczym humus barze. Wątróbka przepyszna. Piwo smaczne. Uczta nieziemska. Dostałam nowe havaianasy na ścianę. Przyglądają się mi i ochoczo mrugają brazylijską flagą.

Co dwa dni jeżdżę na Dół do Troola. Pięknie jest na Mokotowie. Uwielbiam tę dzielnicę. Zielono. Cicho. Szczególnie jesienią jest ładnie, gdy drzewa przebierają się we wszystkie kolory złotej polskiej jesieni. Nie mogę się doczekać powrotu K. 

Dzisiaj wyjazd na budowę. Nie wiem, o której wrócę do domu. Za to jutro czeka mnie home office. Może uda mi się coś załatwić poza pracowego. 

Wczoraj nowy Woody Allen mnie oszołomił.

piątek, 26 sierpnia 2011

kiedyTo nie mam kompletnie, o czym pisać. Nic się ciekawego nie wydarzyło wczoraj. Po pracy pojechałam na dół dokarmić króla. Król prawie wszystko zjadł. Wypił wodę. Narobił w klatce tak, że potrzebna była interwencja sprzątającego. Posiedziałam chwilę, wzięłam parasol i poszłam do domu. 

A w domu trzeba się było spakować. No to zaczęłam się pakować. Okazało się, że albo mam za dużo rzeczy albo walizka jest za mała.... upchnęłam wszystko, co chciałam zabrać. Jestem mistrzynią pakowania. 

Dokonałam jeszcze jednego czynu. Mam mnóstwo sukienek, w których nie chodzę, bo są ciągle nieodprasowane. Teraz nie będę miała wymówki, odprasowałam wszystkie sukienki. Wiszą w szafie i czekają na mnie. Oby tylko jeszcze pogoda była sukienkowa. 

Bo wczoraj na przykład miało nie padać. A lało strasznie. Dawno tak nie padało. 

Ta dziwka, ślinianka, nadal boli. Ale nie narzekam. Po to są przecież leki przeciwbólowe, nieprawdaż?

I jeszcze jedno. Obok zdjęcie komunikatu z autobusu. Kto odpowie, kiedy Politechnika będzie zamknięta? 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50

qqina@gazeta.pl







Join My Community at MyBloglog!

Wszystko

Odsłony dzisiejsze