niedziela, 07 lutego 2010
Od dwóch tygodni nie czuję skurczów żołądka w niedzielę. Budzę się z myślą: niedziela, dzień jak co dzień. Dzisiaj na przykład mam plan: 9:30 - rower, 12 - późne śniadanie ze znajomymi (niestety w knajpie, w której podają jedynie strasznie tłuste śniadania, a ja marzę o jogurcie z musli i otrębami). Na późniejsze godziny nie ma planu, co oznacza czytanie "The time traveler's wife" Audrey Niffenegger, którą ostatnio nabyłam i, która bardzo mi się podoba (jestem ciekawa czy film też - niestety przegapiłam w kinie [pewnie dlatego, że dystrybutor "przetłumaczył" tytuł na: "Zaklęci w czasie", co ma tyle wspólnego z książką, co nic]). Poza "Żoną podróżnika w czasie" czytam także: "PL-boy", który mnie znudził, "Julie & Julia", która średnio mi się podoba, a także "Zaklęte rewiry", które jakoś do mnie nie przemawiają (pomimo tego że powieść jest naprawdę bardzo klimatyczna). Lubię "klimatyczne" powieści. Przez "klimatyczne" rozumiem to, że książka wciąga mnie w swój świat, otacza mnie nim z każdej strony jak "Władca Pierścieni" czy "Pan Lodowego Ogrodu" czy głupiutkie "Bergdorf Blondes" czy "My sister's keeper". Słucham Noviki. Elektryzuje na rowerze. I przyspiesza. Bardzo dobra na zimowe, szaro-biało-czarne dni. Nawet teraz siedzę na kanapie i nogi same mi chodzą w takt. Moi rodzice w końcu założyli sobie Internet. Na razie jeszcze nie potrafią z niego korzystać. Ale mam plan, żeby ich nauczyć. Wczoraj były pierwsze próby. A tak poza tym, to nadal nie wiem, co począć z moim życiem. Nie mam zielonego, czerwonego czy jakiegoś innego pojęcia. Patrzę na ścianę, drapię się w głowę i zastanawiam się, co dalej. Chyba zaszczepię kota. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się jej europejska książeczka zdrowia. Jak się przewozi koty samolotem? Można na kolanach w transporterku? Chyba lepiej jednak samochodem, bo nikt nie sprawdza na quasi-granicach. Idę na rower.
piątek, 22 stycznia 2010
Od rana w głowie mam piosenek kilka. Zaczęło się od tego, że zamiast słuchać nowości z empetrzyplejerze, włączyłam sobie stare dźwięki z jagódki. Przyjemnie było poskakać do Overpowered i Cry baby. Szczególnie, że tramwaje odmówiły współpracy i musiałam iść do pracy na piechotę. W mrozie -20 z Roisin na uszach. Nie było źle. Jej muzyka zmusiła mnie do szybkiego marszu i bardzo się nie spóźniłam, jedynie 20 minut. Ale kto by to liczył. Dzisiaj nie byłam na przerwie, a więc i tak siedzę dłużej. Jutro z rana zaś czeka mnie wizyta w świątyni rozpusty pieniężnej. Z tym, że to nie ja będę puszczać tysiące, ale moja sister. Idziemy się wyszaleź odzieżowo. A ponieważ to końcówka przecen, to może trafimy na naprawdę spore okazje cenowe. Może puszczę kilka stów, muszę kupić czarne spodnie. Takie do wszystkiego. Czarną spódnicę do wszystkiego kupiłam wczoraj. Przerwy obiadowe jeszcze z jednego powodu są okropnie niewygodnie, bo bardzo wygodnie wydaje się w ich trakcie kasę. Z braku laku, chodzę po sklepach i zawsze coś kupię. Muszę z tym skończyć. I muszę skończyć tę notkę.
wtorek, 19 stycznia 2010
Ostatnio zastanawiałam się, co mnie boli najbardziej. Boli mnie noga. Prawa. Najbardziej jak wstaję. Jak już ją rozchodzę, jest lepiej. Muszę ją porozciągać. Bolą mnie ludzie. Chyba najbardziej. I jest to ból, z którym nie umiem sobie poradzić. Nie mogę wziąć tabletki. Nie mogę rozmasować ani rozciągnąć. Jest to ból tak nieoczekiwany i dziwny, że zastanawiam się czy to mnie boli naprawdę czy przypadkiem sobie tego nie wymyśliłam. Ale nie. Otwieram oczy i uzmysławiam sobie, że to boli mnie jak najbardziej prawdziwie. Sherloku przybywaj.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Zebrało mi się w głowie kilka myśli, ale nie umiem ich przelać na papier. Chyba przestałam potrafić to robić. Wszystko jest dobrze do momentu, w którym siadam przed komputerem. Gdy jadę tramwajem albo idę po ulicy, w głowie same tworzą mi się wybitne kompozycje zdań, styl mam lekki i przyjemny. Dotykam klawiatury i nagle w głowie mam pustkę. Nie wiem jak zlepić ze sobą wyrazy, żeby stworzyły kawałek nadający się do czytania. Nawet samo pisanie (typing) mi nie wychodzi. Gdzieś się literki gubia, przestawiają, mylą. Może ja wcale nie umiem dobrze pisać. Może tylko ubzdurałam sobie, że umiem. Szkoda, tyle wysiłku na nic. Tyle marzeń do śmietnika. Tyle planów do kosza. Idę coś ugotować. Zapomniałam, że jestem jeszcze w pracy. W domu obiad już zrobiony. Tak więc gotować też nie będę. Poczytam jak wrócę. W pracy jednak nie wypada siedzieć z otwartą książką. Szkoda.
czwartek, 14 stycznia 2010
To nie jest mój. To sen, który "made my day". Opowiedział mi go z rana eM, śmiałam się przez dobre kilka minut. A wszystko zaczęło się od tego, że zgubiliśmy Krówkę. Kot się odnalazł, ale miał do opowiedzenia bardzo ciekawą historię. W drodze powrotnej do domu odwiedził Tybet, gdzie został nauczony tybetańskiego. Najważniejsze wyrażenia z tego języka, to: pee, peee, peeee (w każdym z wyrazów "e" wymawiane jest dłużej lub krócej). Krówka dodała, że Tybetańczycy trochę śmiali się z jej akcentu, podobnież mówiła tak jak mówią małe dzieci. Historia ta nabawiła mnie bólu brzucha ze śmiechu. Teraz jak ją czytam, to już jest mniej zabawna. Rano to był szczyt absurdu.
wtorek, 12 stycznia 2010
I am an old fart. Do tego zgryźliwa i obrażona na cały świat. Bo wszyscy są przeciwko mnie i nawet zapałka nie chce mi się zapalić. A tak na poważnie, to ostatnio przechodzę przez pewnego rodzaju popierdolenie w głowie. Poprzewracały mi się szare komórki, zwoje mózgowe całkiem chyba się wyprostowały. A mózgojady chyba umarły z głodu. A tak na poważnie, to muszę sama ze sobą się rozmówić. Albo porozmawiać znowu ze ścianami. Popatrzeć w głąb tej wielkiej ściany w dużym pokoju i zapytać ją, co sądzi, co uważa, że powinnam zrobić. Tak nie poważnie całkiem, to postanowiłam przywołać wiosnę i ubrałam się dzisiaj w kolorową spódnicę i czerwoną koszulkę. W pracy usłyszałam: to powodzenia. Mili ludzie, co nie? Ale ja się nie poddaję. Przecież im wcześniej zacznę, tym wołanie wiosny będzie bardziej intensywne (wydłużone w czasie = mocniejsze zawołanie). Jutro też założę coś w kolorach bardziej wiosenno-letnich. W sklepach już zaczęła pojawiać się wiosenna kolekcja (jak co roku kupię płaszczyk na kwiecień/maj w styczniu, w kwietniu już nie ma płaszczyków, są stroje kąpielowe). Nie macie wrażenia, że te kolekcje są niedostosowane do tego, co się dzieje za oknem? We wrześniu trzeba kupować zimowe ciuchy, bo w styczniu już nie ma (wszystko wykupione). A w kwietniu trzeba myśleć o letniej garderobie. Czy teraz ktoś oprócz mnie myśli o tym, że za dwa miesiące będzie wiosna? Wątpię. Wystarczy wyjrzeć przez okno, żeby takie myśli czmychnęły, gdzie pieprz rośnie. Śnieżne zaspy nie pozwalają zapomnieć o zimie.
piątek, 08 stycznia 2010
Wczoraj w końcu zrealizowałam pomysł, na który wpadłam ponad miesiąc temu podczas oglądania płyt w Trafficu. Lubię chodzić do tej księgarni nie tylko na zakupy. Lubię oglądać. Jeszcze do niedawna piątki były zarezerwowane na Traffic. Co tygodniowe odwiedziny ulubionego miejsca, które w niczym nie przypomina megastore empik (ostatnie wysiłki ocieplenia wizerunku tej księgarni spełzły na niczym, bo pomysł: mówienie po imieniu do kupujących, uważam za nietrafiony... empik pozostanie wielką maszyną do sprzedawania książek, gdzie sprzedawcy nie wiedzą, kto to jest Szczygielski: "chodzi pani o tego dziennikarza od zbioru reportarzy z początku lat 90.?", gdzie plastik miesza się z tandetą. a fuj!). Traffic jest wyjątkowy ze swoimi wielkimi drewnianymi schodami, półkami na książki w ciemnym kolorze i klubowymi fotelami, które zawsze są pozajmowane. Pomijam fakt, że asortyment książek, płyt jest zdecydowanie szerszy niż gdzie indziej... Wszystko to sprawia, że Traffic jest moją ulubioną księgarnią. Ale ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam o tym, ze ostatnio będąc w Trafficu przeglądałam zestawy DVD z serialami. Chcę skompletować wszystkie sezony "Grey's Anatomy" i robiłam przegląd rynku. Cena 1. sezonu (75 zł) wskazywałaby, że wcale nie będzie to wydatek, który mnie zrujnuje. Niestety, okazało się, że dystrybutor jest szczodry tylko raz. Drugi sezon, to koszt 200zł. Podobnie kolejne. Postanowiłam poszukać lepszych ofert na necie. Od razu weszłam na brytyjskiego i amerykańskiego amazona (nie szukam już na allegro po tym jak za Sex and the City przepłaciłam 150 zł). Niekiedy na brytyjskim jest taniej, niekiedy na amerykańskim. Nigdy nic nie wiadomo. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że komplet czterech sezonów w GB kosztuje z przesyłką 260 zł, na amerykańskim pięć sezonów to koszt około 400 zł. Postanowiłam kupić najpierw cztery sezony, bo kto wie, może sam piąty będzie kiedyś w promo za 75 złotych. Poza tym, kupując w USA ryzykujesz, że DVD może nie być zakodowane na zonę europejską. Akurat wczoraj zebrałam się w sobie i postanowiłam dokonać zakupu. W tym celu musiałam sięgnąć po kartę kredytową (nie własną), która znajdowała się w kurtce w szafie. W owej szafie, poza kurtkami trzymam: 15 pudełek z butami, torebki, starą kocią kuwetę i odkurzacz w dwóch częściach (część silnikowa z rurą giętką oraz stalowa część do trzymania ze szczotką). Część stalowa ciągle się przewraca na drzwi uchylając je. Jest to gratka dla Krówki, która dzięki temu może otworzyć drzwi do drugiej (bardziej ciekawej części), w której trzymam ubrania. Dzięki temu może (Krówka) bez skrępowania wyrzucać na przedpokój skarpetki, gacie, staniki lub zasierściać koszule eMa. Nie ma lepszej zabawy. Ale wracając do baranów. Sięgałam po portfel, zobaczyłam, że rura się przewróciła. Cofnęłam ją w stronę dna szafy. Zanim się spostrzegłam, będąc jeszcze w ukłonie, dostałam w twarz rurą wracającą do poprzedniej wygodnej dla niej pozycji. Zębów nie straciłam chyba tylko dlatego, ze akurat się głupio do siebie nie uśmiechałam i nic nie mówiłam, co zdarza się niezwykle rzadko. Usta mam jak po botoksie, całe szczęście nie jestem opuchnięta, przytomnie przyłożyłam sobie lód na twarz. eM pół wieczoru się ze mnie nabijał. A ja cierpiałam ze ścierką przy mordzie. Wspaniale. Zestaw czterech sezonów Grey's Anatomy nabyłam. Trochę na pocieszenie w związku ze stratami moralnymi. Bardziej dlatego, że taki miałam cel. A wypadek tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że muszę je mieć. Chociażby na osłodę powypadkową. Na dostawę muszę czekać od 3 do 10 dni roboczych (albo i dłużej biorąc pod uwagę działanie poczty polskiej). Już się nie mogę doczekać.
środa, 06 stycznia 2010
Uwaga: poniższy tekst jest zbiorem moich własnych przemyśleń na temat panującej mody na przerwę obiadową. Nie należy go jednak traktować całkiem na powaznie, bo te moje spostrzeżenia są wielce subiektywne, niekiedy ironiczne. A zatem: po co komu przerwa obiadowa? Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle prosta. Przerwa obiadowa jest dla pracodawcy. Pracodawca zyskuje na tym, że pracownik na średnio godzinę przerywa pracę i wychodzi spożyć posiłek i/lub pozałatwiać swoje prywatne sprawy. Pracodawca jednocześnie traci, bo pracownik przerywa pracę, rozprasza się, wyrywa z rytmu na godzinę, a gdy wraca z przerwy najprawdopodobniej potrzeba mu kilku do kilkunastu minut na ponowne rozkręcenie. Zyskiem dla pracodawcy jest niewątpliwie to, że znajdzie się kilku sumiennych pracowników, którzy nie przerwą pracy na obiad - pracują zatem przez godzinę za darmo. Czysty zysk. Poza tym, gdy pracownik zostaje na przerwę w pracy, nigdy nie trwa ona całej godziny (sprawdzałam to na wlasnej skórze, przez godzinę, to można kota znieść), oznacza to kolejne godziny darmowej pracy na rzecz pracodawcy. Większość pracowników, wbrew powszechnej opinii, nie przedłuża przerwy, tylko - tak jak pisałam wyżej - nie wykorzystuje jej w całości. Nie wynika to z braku możliwości wykorzystania całego wolnego czasu (chociaż zdarzają się takie przypadki - zimą trudniej usiedzieć przez godzinę na ławce w parku), ale też z obawy przed oskrażeniem o samowolone opuszczenie stanowiska pracy, kóre może być przyczyną rozwiązania umowy o pracę (zgodnie z art. 52 par. 1 KP). Pracownik świadomy swoich praw i obowiązków, nie przedłuża swojej przerwy, bo nie chce mieć problemów. W każdej firmie znajdzie się Życzliwy/a. Pracownik nie może też nie skorzystać z przerwy. Jeśli podpisał umowę, w której są zaznaczone godziny pracy lub godziny pracy są ustalone przez regulamin, to koniec. Musi korzystać. Teoretycznie przecież pracuje średnio 8h dziennie, rzeczywiście pracuje 9. Albo i dłużej, ale to już zależy od niego samego. Kontrowersje wobec przerwy obiadowej nie ustaja - przynajmniej w mojej głowie. Z dnia na dzień jestem bardziej sfrustrowana tym, że muszę z niej korzystać. Kończą mi się pomysły na to jak mogę spędzić ten czas. Niekiedy jadę do domu na kanapkę. Częściej idę na zakupy - jestem biedniejsza, bo wydaję głupio kasę (na książki, więc może to nie do końca głupio). Zastanawiałam się czy taka przerwa w pracy jest zgodna z prawem. Niestety jest. Oby do wiosny. Wtedy przynajmniej można przy fontannie na pl. Dąbrowskiego posiedzieć i poczytać.
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Czytam teraz świetną powieść. Ostatnio mam szczęście do dobrze napisanych polskich książek. Najpierw 3. tom Pana Lodowego Ogrodu, który rozłożył mnie na łopatki, zdeptał, zmiażdżył i wgniótł w fotel. Niecierpiliwe czekam na kolejny tom (oby nie były to dwa lata). Następnie Bieguni Tokarczuk, z którą to powieścią trafiłam akurat w moje największe podróżowanie. Czytałam w samolotach, na lotniskach, w poczekalniach i hotelach. Doskonale utożsamiałam się z tym całym wariactwem. I moje najnowsze odkrycie, Marcin Szczygielski. Jego trzecia powieść (a w zasadzie trzecia i czwarta), to Les Farfocles (czytamy z francuska: le farfocle): historia Zosi i Agnieszki - najlepszych przyjaciółek (po angielsku byśmy powiedzieli: "frenemies", ale w polskim jeszcze się nie dorobiliśmy tego tak wygodnego słowa), które pracują w poczytnym kobiecym czasopiśmie w Warszawie i przeżywają wszystkie te rozterki, które przeżywamy i my, czyli zdrady, jogę, facetów, miłość, wybieranie z głową, prześladowanie, bycie okropnymi i kochanymi... Powieść podzielona jest na dwie części (najpierw miała być tylko jedna książka, ale autor zmienił zdanie): Nasturcje i ćwoki oraz Farfocle namiętności. Jak sam pisarz określił, chciał napisać pastisz popularnej listeratury kobiecej (chick lit), ale zapałał sympatią do swoich bohaterek i postanowił aż tak bardzo ich nie wyśmiewać. Moim zdaniem wyśmiewaniu wyszło mu znakomicie - jest na poziomie, żadnego chamstwa. Czytając Farfocles umieram ze śmiechu, bo wiele sytuacji przedstawionych przez Szczygielskiego jest z życia wziętych, a przecież nic tak nie śmieszy jak absurd dnia dzisiejszego (sic!). I w ten sposób dochodzę do sedna sprawy. Bo chciałam wam zacytować perełeczkę (jest ich wiele, ta jednak doprowadziła mnie to łez): "- Podryw - wyrokuje Aga. - Ale umiarkowany. Nie zaprzeczycie, że niektóre teksty są do skopiowania i użycia w odpowiednich okolicznościach przyrody... Patrzę na lampkę i czytam ten napis i wiem, że to prawda. Kolejny rok się zaczął i zanim się obejrzę, będę świętować jego zakończenie. Słyszałam ostatnio, że po 50 nie opłaca się rozbierać choinki. Do 50 jeszcze mi daleko, mniej jednak niż żyję. Bo w tym roku stuknie mi okrągła 30. Za 20 lat mój dom będzie całorocznym bożym narodzeniem. Na razie mam motyw świąteczny na biurku w postaci mikołaja i kartkę z kotkiem. I wystarczy. Zdążę pocelebrować grudzień. Chociażby z tego powodu, że za jakieś 2 lata mój siostrzeniec będzie już na tyle duży, żeby rozumieć, o co chodzi z tą choinką i prezentami, i pierogami, i śledziem itp. W tym roku na święta wyjeżdża, i ja też mam taki plan. Oby dalej od śniegu. Albo bliżej na północ. To się obaczy. Tymczasem, sobota i niedziela obfitowała. Od uniesień zwielokrotnionych, do upadków bolesnych. Spotkań towarzyskich i samotnych godzin. Od A do Z. Przekrój. Bardzo przystępny.
piątek, 01 stycznia 2010
Nowy Rok witałam spokojnie. Kwartet, którego bym nie podejrzewała o to, że tak dobrze się zgra, całą noc przesiedział na gadaniu o sztuce i literaturze przy winie, wódce, nachosach, bruschettach i naleśnikach. Kot spokojnie zwinięty na fotelu dopiero przestraszył się północy. Wyszliśmy na ulicę popatrzeć na sztuczne ognie i poobserwować sąsiadów poprzebieranych za piekło i niebo (jedna diablica była wielce intrygująca). A w 1. dzień roku 2010 leżę jeszcze w łóżku. Śnieg pokrywa brudy po sylwestrze. I zastanawiam się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Na razie chyba nic nie będę robić. A póżniej, ogórkowa, może jakiś film, może odwiedziny u Fidela. Lemurowanie, tylko słońca brak. Na Nowy Rok życzę sobie i wszystkim tego wszystkiego i jeszcze więcej.
piątek, 25 grudnia 2009
Udzielił mi się klimat świąteczny panujący nam i tu i tam. Dostałam jak zwykle sto pięćdziesiąt miliardów esemesów z życzeniami, odpowiedziałam na dwa lub trzy. Nie lubię życzeń wysyłanych w ten sposób, a już na pewno życzeń wysyłanych hurtem do wszystkich. Jeśli już odpowiadam, to na te napisane specjalnie do mnie. Wesołych.
wtorek, 22 grudnia 2009
środa, 16 grudnia 2009
Piszę tę notatkę po raz drugi, bo za pierwszym razem coś się popsuło. Dzisiaj jestem cierpliwa i nie wkurzam się od razu na brak podporządkowania maszyn. A chciałam napisać, że bardzo nie lubię aplikacji działających po sieci i napisanych w Javie. A wszystko dlatego, że a) wieszają się, b) działają w takim tempie, że w czasie oczekiwania na odpowiedź, mogę się wywnętrzyć na blogu. I jeszcze mi zimno do tego wszystkiego. Ale jestem cierpliwa.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
No i mamy drugi w tym roku śnieg. Pierwszy spadł jeszcze w październiku, więc się nie liczy (nie widziałam go, bo przebywałam w Hamburgu, więc tym bardziej). Zatem, wszem i wobec informuję, że spadł pierwszy zimowy śnieg. I pada nadal. Prószy przepięknie. I z chęcią zamiast siedzieć przed komputerem wybrałabym się do pobliskiego Ogrodu Saskiego i zmajstrowała jakiegoś bałwana. Albo po prostu pozwoliłabym płatkom śniegu spadać na kurtkę i czapkę. Uwielbiam śnieżną zimę. Uwielbiam!!! |
Archiwum
Zakładki:
01. les amis
02. girls, girls, girls
03. les garçons
04. I'm not afraid
05. książkowo
06. muzykalnie
07. quelques mots sur la mode
08. rysunki i komiksy
09. histeryjka
qqina@gazeta.pl
Wszystko
|